Niedziela, 19 listopada 2017 r.
    
        Pismo Święte  

Usłyszeć i rozpoznać…

Potężny wicher rozłupywał góry i kruszył skały przed Panem, ale Pan nie był w wichrze; a po wichrze – trzęsienie ziemi, lecz Pan nie był w trzęsieniu ziemi; po trzęsieniu ziemi – ogień, ale Pan nie był w ogniu; a po ogniu – szmer łagodnego powiewu. Gdy tylko Eliasz go usłyszał, zasłonił twarz płaszczem… (1 Krl 19, 11-13).

Historia Eliasza, którą poznajemy na kartach Pierwszej Księgi Królewskiej jest niezwykła. Prorok ma przed sobą niełatwą misję. Zostaje posłany, by świadczyć o Bogu Żyjącym, kiedy naród izraelski pod wpływem obcych bogów zaczyna zapominać o swoim wybraniu. W trudnych warunkach zewnętrznych, w klimacie kultu bożków pogańskich Izraelici ulegają rozkojarzeniu. Przestając szukać i słuchać Boga, zatracają samych siebie. Odwracając uwagę od prawdziwej pobożności opartej na głębokiej relacji z Panem, skłaniają się ku przyjemnościom związanym z pogańskimi zwyczajami. Zapominają o własnej tożsamości, którą mogą jedynie odkrywać w bliskości Jahwe. Odejście oznacza dla nich samych śmierć – przede wszystkim w wymiarze duchowym.

Mogłoby się wydawać, że ktoś, kto z mocą głosi wiarę i z tak wielką gorliwością walczy o chwałę Jedynego Boga, na pewno przy Jego pomocy pokona wszelkie trudności stające na drodze świętości narodu izraelskiego. Prorok przecież rozprawił się z pogańskimi bożkami, był cudownie karmiony przez Boga na pustyni, wskrzesił syna wdowy, a obietnice dotyczące nigdy nieopróżniającego się dzbana okazywały się rzeczywistością. Tak łatwo nam wyobrazić sobie tryumf Boga przez posługę Eliasza. Można by się spodziewać, że zakończenie tej historii zapewne będzie naznaczone chwałą i zwycięstwem. Nie wyobrażamy sobie przecież porażki Boga.

Każdy, kto zna dalszą historię Eliasza, wie, że ludzkie myślenie w tym przypadku nie sprawdziło się. Eliasz ponosi totalną klęskę, i to w dodatku jeszcze przez działalność kobiety – królowe Izebel, obrończyni kultu bożka Baala. W tamtej mentalności i kulturze kobieta nie miała raczej wielkich wpływów. A jednak w tym przypadku Izebel płonie pragnieniem zemsty na Eliaszu za to, że wykazał nieprawdziwość jej bożków i grozi mu śmiercią. On – który wcześniej tyle dokonał, wielki głos Jahwe, ze strachu ucieka przed grożącą mu niewiastą. Skrywa się na pustyni, gdzie resztką swych sił woła o rychłe przyjście śmierci. Tutaj anioł karmi go przed długą, czterdziestodniową drogą. Po tym czasie dociera do stóp góry Horeb, gdzie znajduje jaskinię, którą obiera za schronienie. Po tak wielkich znakach i doświadczeniu obecności Wielkiego Boga, wydaje się wręcz śmieszne, że ucieka przed kobietą i jedyne, czego pragnie to natychmiastowa śmierć. Po wielkiej działalności przychodzi na Eliasza wielkie załamanie duchowe. Tutaj oczyszcza się jego serce, przygotowując na wyjątkowe spotkanie. Przychodzi do niego sam Jahwe, już nie w słowie, lecz osobiście.

Bóg znajduje Eliasza w jego największej niemocy, w jego niewierze i przemawia do niego w słabości. Eliasz ma pewność, że to nie z niego jest owa przeogromna moc, ale z Boga. Gdyby nie doświadczenie beznadziejności i totalnej porażki, raczej nie dotarłby do góry Horeb. Dopiero cierpienie pozwoliło umrzeć jego pysze. W tym momencie jego serce stało się właściwym gruntem na przyjęcie Słowa Boga. Pozbycie się własnego ja, przekreślenie sukcesów według własnych wizji i stanięcie w takiej bezradnej, dziecięcej postawie daje sygnał Bogu, że jesteśmy gotowi, by słuchać i w końcu usłyszeć.

Dlaczego odwołujemy się tutaj do postaci Eliasza? Wbrew możliwym wątpliwościom, jesteśmy bardzo podobni do niego. Sami dobrze wiemy, jak wyglądają nasze codzienne duchowe zmagania na płaszczyźnie wiary. Często z zapałem porywamy się na wielkie rzeczy, a tyle bólu i smutku przynoszą drobiazgi. Możemy więc w osobie proroka odczytywać wskazówki, jak należy nam przygotowywać się na spotkanie ze Słowem i formować swoje życie według tego Planu. To od nas zależy, jak przygotujemy grunt pod ziarno Słowa i jak głęboko będzie ono mogło zapuścić swe korzenie, aby po pewnym czasie zaowocować.

W symbolu góry Horeb możemy rozpoznać, jaką drogę do spotkania wybiera Bóg. Oczyszcza w doświadczeniach, ludzi pozbawionych własnych sił przeprowadza przez pustynię i doprowadza na górę. Będąc z nami sam na sam, przychodzi w ciszy, w lekkim powiewie, do serca oczyszczonego, które nie liczy na siebie. Przychodzi często niezauważony. Przechadza się pomiędzy nami. Rozpoznają Go nieliczni, którzy znają słodki smak milczenia i pielęgnują ciszę bicia swojego serca, tym samym wyostrzając duchowy słuch na najmniejszy Boży znak.

W początkach chrześcijaństwa, kiedy kształtował się kanon Pisma Świętego, wierzący nie mieli gotowych, opracowanych komentarzy ani pisanych dokumentów tłumaczących kwestie wiary tak jak my obecnie. Niektórzy więc, próbując zrozumieć jak powstawały święte księgi, wyobrażali sobie, że Duch Święty w postaci gołębicy sfrunął i szeptał autorowi do ucha treści zaczerpnięte od samego Boga. Pomimo pewnej infantylności tej tezy, piękny jest obraz i symbolika tego intymnego spotkania człowieka z Bogiem. Szept jest zwykle kojarzony z czułością, okryty tajemnicą. Szeptem, w cichości mówimy o delikatnych uczuciach, które chcemy ochronić przed światem, by ich nie zniszczył i nie wyśmiał. Taką drogą przekazujemy najskrytsze myśli, powierzamy innym nasze sekrety. Szeptem mówią do siebie zakochani. Szept wprowadza w niezwykłą przestrzeń, zbliża serca do siebie… Szept słychać wyłącznie z bliska…

Patrząc na postać Eliasza oraz pierwotne wspólnoty chrześcijan, trzeba nam uświadomić sobie jak ważna w osobistym spotkaniu z Bogiem w Jego Słowie jest postawa wewnętrznego skupienia. Kiedy zatracimy w sobie postawę czuwania i słuchania, wchodzimy na drogę śmierci duchowej. Grozi nam wtedy zatracenie własnej tożsamości, gdyż jedynie w odniesieniu do Stwórcy poznajemy sobie prawdziwie. Nie krzyk czy głośne nawoływanie, ale cisza jest wiernym towarzyszem sług Pana. Do nas tak jak do Eliasza Pan chce przyjść w lekkim powiewie, w cichości serca. To właśnie świadczy o Jego pragnieniu bliskości z nami. Dzięki temu odczuwamy wręcz namacalnie Jego czułość i niesamowitą delikatność w pociąganiu za sobą naszych dusz. Często droga do zrozumienia i pokochania tego stanu prowadzi przez różne życiowe doświadczenia. Oczyszczają nas z tego, co zagłusza głos Boga w naszym sercu, pokazują nam naszą niewystarczalność i uciszają egoizm, pychę, własne pomysły na to, jak poukładać sobie życie, by było wygodnie. Trzeba nam najpierw nauczyć się milczeć, aby usłyszeć do czego jesteśmy wzywani, pozbywać się wszystkiego, co zakłóca nam słuchanie, by właściwie rozpoznawać dźwięk słów Boga. Kiedy już rozpoznamy pośród wielu różnych głos Boga, ponownie wracamy do milczenia. Dlaczego? Cóż może odpowiedzieć człowiek, stając z Bogiem twarzą w twarz? Najpiękniejsze ludzkie słowo wypowiedziane wobec Boga brzmi tak.

W całej historii powrotu człowieka do Boga jest jedna postać, będąca jednocześnie Mistrzynią Milczenia, Słuchania, Rozpoznawania, jak i sama będąca zachwycającą Odpowiedzią. Maryja usłyszała szept Archanioła Gabriela posłanego przez Boga, owocem zaś Jej fiat było człowieczeństwo Chrystusa. Patrząc na Nią, trwajmy i my w czujności i zasłuchaniu, by nie przegapić szeptu Słowa, które dziś – i każdego kolejnego dnia – prosi, byśmy chcieli Mu użyczyć naszych oczu, rąk, nóg… Chce przez nas udzielać się innym w naszych obowiązkach, posługach. Kiedy będziemy uważnie słuchać Słowa, będzie mogło ono wcielać się i nieustannie rodzić pośród nas. Oby była w nas niezwykła wrażliwość na Boże natchnienia, aby Niekochana Miłość, nie musiała już więcej prosić o miejsce w gospodzie, o przygarnięcie do naszych serc…

s. Alma


youtube

Copyright©ZSIJ    Ostatnia aktualizacja 2 X 2017 r.